ISLANDIA WYMIATA // SAUL BOHATER

 

Högni – koncert w Warszawie 11/2018

Islandia wymiata, co do tego nie mam wątpliwości po warszawskim koncercie Högniego Egilssona 23.XI.2018. Były (?) frontman formacji Hjaltalin i jeden z głosów GusGus oraz jego nowy projekt: vocal, pianino i kwartet smyczkowy. Rzecz subtelna, dla mnie raczej nie na zimną (temperatura) salę klubu Niebo z akompaniamentem brzękających szkłem barmanów. Powyżej klip z nowej płyty – tu z elektroniką. A poniżej przykład jak może grać kapela (8 lat temu) z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej nie robiąc z tego wydarzenia typu „gwiazda X akustycznie”, a dając zaskakująco oryginalną porcję muzyki gdzie klasyczne orkiestrowe brzmienia kapitalnie łączą się ze współczesnymi.

https://www.youtube.com/watch?v=PalV8bbXG8Q


Saul Goodman, „bohater” naszych czasów

[ Uwaga: trochę spoilowania fabuły i postaci – kto tej wiedzy nie łaknie, lepiej niech ogląda serial miast smakować moje wywody.] :)

Wczoraj wieczorem skończyłem oglądać 4 serię Better Call Saul (polski tytuł: Lepiej zadzwoń do Saula) i miałem z tego tytułu mnóstwo filmowej frajdy. Serial stanowi dla mnie kapitalne połączenie rozmaitych gatunków i stylów. Przy czym rozgrywane jest to raz subtelnie, a raz świadomie namazane grubą krechą. Jednocześnie film gra na nosie jednemu z ulubionych gatunków Amerykanów, czyli kinu sądowemu. Obrona niewinnych ludzi, kwieciste tyrady, długie sceny na sali rozpraw i wzruszające pojawienia się świadków, którzy wyciskają łzy z oczu sędziom, ale też zgromadzonym na sali rozpraw i rzecz jasna nam przed telewizorami lub ekranami kin – tego tu nie znajdziecie, bo to już nuda. Film uprawia raczej dekonstrukcję tego stylu.

Ciekawe jest też ujęcie serialowych wydarzeń w klamrze przeszłości, dzięki czemu wiemy, że złamany i ukrywający się dziś pod maską kolejnego alter ego główny bohater w końcu przeholował i w którymś momencie wypadł z gry. Ba, zapewne słono zapłacił za swoje nie do końca czyste, a właściwie kompletnie brudne adwokackie, choć nie mające z prawem wiele wspólnego, gierki. Dzięki temu wiemy, że to czego w serialu dopuści się Jimmy/Saul, a co nie do końca kojarzy nam się z postępowaniem godnym człowieka, zostanie w efekcie ukarane. Na marginesie – takie teatralno-literackie skojarzenie: przebieranki Jimmiego mają odwrotny walor niż te ze świata Jeana Geneta, który sam był na bakier z prawem. Tam maska uwznioślała, tu im dalej tym gorzej. Z pozycji czarno-białych przebitek z przyszłości widzimy, że kolejna maska to cena porażki. Jimmy/Saul jest antysystemowy (lubimy i utożsamiamy się) i zawadiacki. Jest najlepszym kumplem do rany przyłóż i bezdusznym cynikiem w marszu po wygraną. Kiedyś niedoceniony, dziś choć raz heroicznie, a raz histerycznie walczący o lepszy status i uznanie, prędzej stanie po stronie tego co okazuje ludzkie słabości i dostaje kopy w dupę za błędy niż po stronie ambitnego, pracowitego i dorobionego człowieka sukcesu, który czymś w rodzaju trudnej ścieżki ciężkiej pracy i wyrzeczeń doszedł do pozycji i pieniędzy. A był przy tym moralny i przykładny w każdej dziedzinie życia, tak jak brat głównego bohatera, człowiek bez skazy, ale w tej czystości i perfekcji aż nieludzki i bardzo przy tym samotny. Bo bycie człowiekiem nie znosi perfekcji. Jak mówią mistrzowie: im bardziej ludzki jestem, tym bardziej boski.

Dlatego patrząc z tej perspektywy boski jest Jimmy/Saul. Daleki od ideału, nie kryjący się ze słabościami, pełen sprzecznych uczuć i motywacji, do tego idący pod prąd tego co przyjęte jako właściwe i jak należy. Jest sobą. I to jego ulubiona przez nas cecha, zazdrościmy mu i poniekąd mu kibicujemy. I bolejemy gdy przeholuje, bo wiemy, że to co robi jest wynikiem posłuchania się „czarnego aniołka”. Znacie to? Na jednym ramieniu siedzi biały, a na drugim czarny aniołek – którego posłuchamy, tak będziemy czynić… Chcemy, żeby nasz niegrzeczny chłopiec poprawił się, nauczył się czegoś, dorósł i postąpił właściwie. Tak patrzy na niego Kim – to nieomal matczyne spojrzenie kobiety, która kocha faceta za jego bezpośredniość, choć szokuje ją jego bezduszność w najmniej oczekiwanych chwilach. I tu podejrzewam rozłam w 5. serii, bo co jak co, ale Jimmy bez duszy to już diabeł wcielony.

Prawie wszystko wokół jest udawane i wykręcone przez ludzi. Główny bohater chciał na tym coś ugrać, ale w swoim cwaniactwie był tyleż obrzydliwy co człowieczo słaby i nie dał rady. Cwaniaki idące z głównym nurtem mają się o niebo lepiej niż Jimmy. Tragikomedia głównego bohatera tym bardziej jest złożona, że jest on w dużej mierze świadom swoich słabości i cech. Sleazy Jimmy – takie nosił za młodu przezwisko i czasem jeszcze korzysta z arsenału specyficznego humoru i numerów jakie wywija dla zysku, lub ot tak – just for fun. I jest to wcielenie Jimmiego absolutnie na kontrze do portretu przykładnego prawnika. To prawnik à rebours, na wspak. Ale jednak - choć w masce Arlekina niczym z komedii dell’arte – prawnik z uprawnieniami, który w imieniu prawa wyznacza sprawiedliwość (piękne i prawe masło maślane). Ta cecha przyciąga do niego Kim. Wykręcanie numerów to jej azyl, ucieczka przed perfekcjonizmem z jakim wykonuje swój zawód i uczestniczy w adwokackim wyścigu szczurów.

Dlaczego w tytule słowo bohater umieściłem w nawiasie? Oczywiste jawi się to mnie i pewnie widzom serialu. Ci, którzy nie widzieli zapewne się przekonają jeśli zobaczą. Saul jest taki jak nasze czasy: pokręcony. Inteligentny, elokwentny, szybko działający, przy tym czuły i serdeczny gdy trzeba, ale nadto, a może przede wszystkim sprytny, cwany, przewrotny, zakompleksiony, kombinator i cynik, który zrobi wszystko, żeby wyjść na swoje. Mały niedoceniony (podejrzewam, że przez tatusia) chłopiec, który będzie zły i potupie nóżką póki nie dostanie cukierka. Do twarzy mu z maksymą Pieczorina, tytułowego Bohatera naszych czasów Lermontowa: „Cierpienie i radość innych mogę zawsze tylko rozważać w odniesieniu do siebie, jako potrawę podtrzymującą moje siły duchowe”.

Daliśmy się uzależnić od życia na kredyt i dostawania tego co nam się nie należy. Jimmy chce wciąż więcej, choć w głębi serca wie, że nie powinien dostać nic, bo jedyna rzecz, której pragnie to akceptacja, której sam dla siebie ma tyle co nic. Jesteśmy Jimmym McGillem/Saulem Goodmanem. Skojarzenie i pokrewieństwo z Dr.Jekyllem/Mr.Hydem? Nieznaczne. Bo Jimmy i Saul praktycznie się nie różnią. Bohater wykreował cechy, które przylgnęły do jego alter ego i z wolna przestaje odróżniać siebie od kreacji. Za udawane zaspokojenie duszy płaci się grymasem niby-uśmiechu.

Cieszy mnie świetne aktorstwo. Zarówno główny bohater stworzony przez Boba Odenkirka, jak i jego filmowa Kim, w tej roli Rhea Seehorn, potem kamienna twarz Jonathana Banksa, ale i reszta ról – nie ma tu średniactwa, jest dobry wysoki poziom, co zresztą zostało docenione przez rozmaite gildie filmowe. Prawo na lewo. Jak pokazać, że aparat sprawiedliwości jest oczywiście potrzebny, ale i z gruntu zakłamany? Trzeba niczym granat do latryny wrzucić tam Jimmiego, który ze wszystkich wad pomysłu na rozliczanie ludzi z ich głupich postępków jakim jest sądownictwo zrobi kompletny cyrk. To co jeszcze lubię, to że serial pokazuje nam zwykle co najmniej dwie strony medalu (paradoks: może być i trzecia!) i drugie, a nawet trzecie i czwarte dno. Dlaczego nie oglądam zwykle polskich produkcji? Bo tam ludzie zazwyczaj są jednowymiarowi, wszystko jest bardzo serio (jesteśmy Polakami!) i przez to odczłowieczone, nudne i płytkie. Zazwyczaj wyłącznie smutne. A smutek pokazać najłatwiej. Pokażcie mi człowieka w prawdziwej amplitudzie – od absolutnej radości życia po skrajne przygnębienie. I niech nie gada wciąż o „ważnych sprawach”, tylko o pierdołach czasem. I żeby jeszcze było coś pomiędzy tymi skrajnościami i żeby nie chodziło o „problemy Anki – ona cierpi, wiesz?”, „problemy naszej ojczyzny – ona mnie potrzebuje, rozumiesz?”, „problemy ordynatora piprztyckiego – on to bardzo przeżywa, czy ty tego nie widzisz?!” czy „kłopoty komisarza iksińskiego – on ją kochał, ale ją zabili”, etc.

Lubię niespodzianki i nie przypuszczałem, że spin-off sławnego Breaking Bad, którego Saul jest odpryskiem, da mi o wiele więcej wrażeń niż jego serial-protoplasta. A jednak. Humor zahaczający o kino Braci Coen oraz dopracowane scenariusze i dialogi to część przyjemności. Druga to lustro jakie dostajemy w osobie głównego bohatera.

Ostatnie słowa czwartej serii tłumaczą też jego pseudonim – udatnie to wymyślili scenarzyści i świetnie definiuje to charakter postaci granej przez Odenkirka. Czy Saul jak jego historyczny imiennik Szaweł ma jeszcze szansę na stałe nawrócenie – wątpię. Wszak nawraca się i popada w grzech wciąż od nowa i często na przestrzeni jednego serialowego odcinka… Ale Saul brzmi podobnie jak soul, czyli dusza i upatruję w tym dodatkową przewrotność twórców serialu. Jaka ta nasza dusza jest i jak często się do niej zwracamy, a ile w niej czerni i brudu – to nam zapewne znów pokaże Jimmy/Saul w następnej serii, którą zamówił już główny nadawca, stacja AMC. Poczekam cierpliwie.

Filip Przybylski // 10 X 2018    

Wyszczekany blog multimedialny Filipa Przybylskiego. Skocz też na filipprzybylski.pl i bajchi.pl